środa, 15 maja 2019

Podejście nr 2 do wody różanej (Make Me Bio)

 
Woda różana ciekawiła mnie od dawna. Pierwsze podejście do tego specyfiku zrobiłam podczas mojego pobytu we Włoszech, gdzie spontanicznie kupiłam buteleczkę w supermarkecie. Mogliście ją zobaczyć przy okazji denka, w tym wpisie. Miałam mieszane uczucia, z przewagą tych negatywnych, ale nie sprawdziłam składu przy zakupie, a supermarket nie jest najlepszym miejscem do zaopatrzenia się w kosmetyki.

Po małej przerwie postanowiłam spróbować jeszcze raz, ale tym razem przejrzałam recenzje na blogach i postawiłam, na produkt, który cieszył się dobrymi opiniami. Kupiłam wodę różaną Make Me Bio. Kosmetyk znajduje się w estetycznej butelce o pojemności 100 ml, która kosztuje 16 zł. Opakowanie zakończone jest atomizerem, więc można rozpylać wodę w formie mgiełki. Mi niestety ta opcja niezbyt przypadła do gustu i wolałam używać nasączonego wacika. 
 
 
Wodę różaną stosowałam zamiast toniku. Pierwszą rzeczą jaką zauważyłam było to, że nawet mocno zwilżony płatek kosmetyczny nie sunie gładko po skórze, jak miało to miejsce w przypadku toniku. Ciężko domyć tą metodą nawet minimalne resztki makijażu, więc porządne oczyszczanie to podstawa. Po użyciu cera była wygładzona i delikatnie ściągnięta. Pod względem wydajności woda różana wypada gorzej niż micele, czy wcześniej wspominany tonik, ale wygrywa składem. Myślę, że mogłabym się na nią przerzucić, gdyby nie jeden ważny szczegół, którym jest jej zapach. 
 
 

Zapach jest różany, naturalny i bez chemicznych nut, ale nie pachnie jak bukiet przyniesiony z kwiaciarni. Dla mnie zapach jest ciężki, mdły i męczący do tego stopnia, że nie planuję ponownego zakupu, mimo, że specyfik sam w sobie nie jest zły. 

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza

Dziękuję za Wasze komentarze, staram się na wszystkie odpowiadać na bieżąco.
Jeśli podoba Ci się mój blog, zapraszam do obserwowania, jeśli Twój mnie zainteresuje, dodam go do swojej listy czytelniczej :)