Dawno nie malowałam paznokci, ponieważ chciałam je trochę zregenerować. W ostatnim czasie nosiłam „gołą” płytkę, na którą nakładałam serum Indigo (pisałam o nim tutaj). Po miesiącu chodzenia z niepomalowanymi pazurkami doszłam do kilku wniosków:
1) Niemalowanie paznokci pozwala zaoszczędzić sporo czasu
(nakładanie lakieru, suszenie + zmywanie starego lakieru)
2) Paznokcie bez lakieru są… łyse… gołe… brzydkie…
no może nie brzydkie, ale znacznie lepiej wyglądają, chociażby pociągnięte bezbarwnym lakierem
3) Dłonie z pomalowanymi paznokciami wyglądają na zadbane, są bardziej eleganckie
Rzadko stosuję hybrydy i zmienianie lakieru co 3-4 dni jest bardzo czasochłonne. Z drugiej strony, powiem szczerze, że brakowało mi zrobionego manicure. Z nim czuję się znacznie lepiej. Lubię, gdy paznokcie się błyszczą, są śliskie w dotyku. Bez lakieru czuję, że czegoś mi brakuje; tak jakbym wyszła z domu bez makijażu :). Pewnie wynika to z tego, że przez lata ciągle miałam pomalowane szpony. Cieszę się, mimo to, że dałam trochę odpocząć płytkom. Kuracja olejkiem pozwoliła na ich regenerację. Myślę, że takie przerwy są potrzebne i zamierzam w przyszłości, także robić je od czasu do czasu.
Po manicurowym odwyku postawiłam na niebieskości z lakierami Astor Quick&Shine nr 403 (klik) oraz Wibo glamour nails nr 7.
Jak to u Was jest?
Macie ciągle pomalowane paznokcie, czy wręcz przeciwnie?
Macie ciągle pomalowane paznokcie, czy wręcz przeciwnie?














