środa, 11 lipca 2018

Niekosmetyczni ulubieńcy miesiąca


Butelka filtrująca do wody kranowej Dafi 0.5 l

Warto mieć przy sobie butelkę wody, zwłaszcza w upalne dni. Do tej pory kupowałam wodę mineralną, ale męczyło mnie noszenie ciężkich butelek (1.5 l) praktycznie każdego dnia. Kupno zgrzewki odpadało, bo w tym momencie nie mam samochodu, a nie zawsze ktoś może mi przytaszczyć do domu 6pak. Dobrym rozwiązaniem okazała się butelka z filtrem. Podróżując, nie muszę kupować horrendalnie drogiej wody na lotnisku, idę do toalety i uzupełniam swoją butelkę wodą z kranu. Rozwiązanie jest tanie, ekologiczne i wygodne. Niestety ma też swoje minusy. Butelka może przeciekać. Zauważyłam, że gdy nie jest dokręcona delikatnie kapie z niej woda (kwestia wadliwego korka?). Drugim minusem jest to, że nie można z niej pić swobodnie, trzeba wodę trochę zasysać, bo przechodzi przez filtr (trzeba stworzyć podciśnienie, aby umożliwić jej przepływ). Mimo to, jak na razie bardzo lubię to rozwiązanie. Mam nadzieję, że butelka będzie mi długo służyć. 

Jezioro Como i Cinque Terre

Wycieczka do Włoch obfitowała w zapierające dech w piersiach widoki. Choć sam Mediolan mnie nie zachwycił to miasteczka nad jeziorem Como oraz Cinque Terre zdecydowanie tak! Tylko spójrzcie na zdjęcia poniżej ;) 

como
włochy gdzie nad wodę
jezioro i góry, włoskie morskie oko

Fotoksiążka Printu

Wspomnienia, nawet te najlepsze bywają ulotne. Aby zawsze mieć w głowie i pamięci najpiękniejsze chwile, zdecydowałam się na wydruk zdjęć w formie fotoksiążki. Na stronie można wybierać z gotowych szablonów, jednak ja postawiłam na spersonalizowany charakter albumu i zaprojektowałam go samodzielnie. Książka ze zdjęciami świetnie sprawdzi się jako prezent dla przyjaciółki lub innej bliskiej osoby. 

https://printu.pl/fotoksiazka/szablony/prezent-dla-przyjaciolki/#!format=3&cover=7&paper=18

Trafiłyście na jakąś perełkę (niekoniecznie kosmetyczną) w ostatnim czasie?

niedziela, 8 lipca 2018

Moje przemyślenia na temat minimalizmu

 
Minimalizm jest modny, minimalizm jest ostatnio wszędzie. Czy to tylko chwilowa moda czy raczej potrzeba wynikająca ze zmęczenia konsumpcjonizmem i nadmiarem rzeczy? Fajnie jest mieć, ale mieć zbyt wiele niepotrzebnych przedmiotów też nie jest dobrze. Zamiast cieszyć zaczynają przytłaczać, zwłaszcza gdy brakuje miejsca na ich przechowywanie.
 
Idea minimalizmu ma wielu zwolenników wśród których znajdą się także ekstremiści, którzy starają się za wszelką cenę ograniczyć ilość dóbr do niezbędnego minimum. Przykładowo posiadanie mydła, szamponu i pasty do zębów jako kompletnego i jedynego zaplecza kosmetycznego jest dla mnie nie do przyjęcia. 
 
 
Myślę, że dla każdego minimalizm będzie czymś innym. W moim wydaniu to przede wszystkim większa świadomość. Chęć ograniczenia rzeczy niepotrzebnych i kiepskich jakościowo na rzecz tych, które są lepiej wykonane i długo posłużą. Raczej nie ulegam sezonowym krzykom mody i wolę wybrać klasyczne modele, które mogę nosić przez kilka lat. Czasem mniej znaczy więcej. W temacie ubrań i dodatków dosyć łatwo się o tym przekonałam. Natomiast kosmetyczny świat wciąż kusi nowościami i tutaj jakoś ciężej jest mi się oprzeć. Na pewno mogę powiedzieć, że moje podejście do zakupów w ciągu ostatnich lat się zmieniło. Jestem bardziej świadomych konsumentem, a przyjemniej takim staram się być ;).

Jakie jest Wasze podejście do minimalizmu? 

środa, 4 lipca 2018

Duet do włosów zniszczonych Swiss Image Elder Flower – szampon i odżywka

 
Od dłuższego czasu w mojej łazience goszczą kosmetyki Swiss Image. Opakowania szamponu i odżywki dobijają dna, więc pora podzielić się wrażeniami o tym duecie. Swiss Image, jak sama nazwa wskazuje to Szwajcarska marka. Firma oferuje naturalne kosmetyki profesjonalne do pielęgnacji włosów, oparte na alpejskiej wodzie polodowcowej.  
 

Oba produkty znajdują się w plastikowych tubkach o pojemności 200 ml. Są dostępne m.in. w Rossmannie w cenie regularnej 30 zł za sztukę. Zacznę od szamponu, który niestety niezbyt przypadł mi do gustu. 
 

Konsystencja produktu jest gęsta i kremowa. Szampon słabo się pieni, mimo SLS w składzie. Mam wrażenie, że po jego użyciu włosy są niedomyte. Zauważyłam, także że szybciej się przetłuszczają. Skład jest bardzo długi, z pewnością nie jest naturalny. Niestety nie polubiłam się z tym szamponem i nie mogę go Wam polecić. 
 
 
Odżywka Elder Flower spisała się u mnie lepiej. Poniżej znajdziecie opis, który jest kopią tekstu umieszczonego na szamponie. Odżywka ma fajną, kremową konsystencję. Nie spływa z włosów, dobrze się na nich rozprowadza. Po użyciu włosy są wygładzone i błyszczące. Nie miałam problemów z ich rozczesaniem. Spektakularnych efektów regeneracyjnych nie zauważyłam, ale widać, że produkt coś robi, więc nie jest źle. Skład nie odbiega od innych drogeryjnych produktów (jest słaby), dlatego nie rozumiem czym dyktowana jest wysoka cena kosmetyku. 
 

Oba produkty mają przyjemny, pudrowy zapach. Szampon wypadł słabo, natomiast działanie odżywki mogę ocenić na 4/5. Jestem nieco zawiedziona tym duetem, ponieważ marka opisuje siebie jako naturalną, ale patrząc na składy nie widzę tej natury. Próbują się wyróżnić bazą, którą stanowi woda polodowcowa, ale moim zdaniem to tylko chwyt marketingowy. Nie do końca rozumiem dlaczego miałaby być lepsza od chociażby wody źródlanej. Poza tym, producent nie podaje ile wody glacjalnej jest w produkcie.

Ciekawa jestem czy miałyście styczność z tą marką oraz jakie są Wasze opinie o niej?

niedziela, 1 lipca 2018

Roślinny peeling z pudrem z pestek moreli Yves Rocher


Z peelingami do ciała jest u mnie bardzo różnie. Popadam ze skrajności w skrajność tzn. albo używam ich ciągle, albo w ogóle. Zdarzają się okresy, że potrafię zapomnieć o peelingu na dobre 2-3 miesiące. Ostatnio, jednak jest lepszy czas dla mojej skóry i używam peelingu regularnie. W ciągu zeszłego miesiąca najczęściej towarzyszył mi roślinny peeling Yves Rocher.

Produkt znajduje się w zgrabnej tubie o pojemności 150 ml. Opakowanie, choć wygodne i estetyczne, wydaje się małe. Na szczęście wydajność produktu jest całkiem niezła. Konsystencja jest żelowa, nie jest to typowy peeling, ale bardziej żel myjący. Zawiera bardzo dużo peelingujących drobinek ze zmielonych pestek moreli. Kuleczki nie są bardzo ostre, ale jest ich na tyle dużo, że można porządnie złuszczyć martwy naskórek. Aby spotęgować działanie wystarczy zmniejszyć ilość używanej wody. Wiele osób chwali jego przyjemny zapach, ale ja go praktycznie w ogóle nie wyczuwam. 
 

Producent podkreśla, że formuła zawiera ponad 92% składników pochodzenia naturalnego i nie ma parabenów. Czytając tą informację spodziewałam się lepszego składu. W cenie regularnej za tubę zapłacimy 33,90 zł, ale często jest w promocji za niecałe 23 zł. Podsumowując, jest to niezły produkt, ale nie zachwycił mnie na tyle, żebym do niego wróciła. Wolę sięgnąć po jakiś tańszy, pachnący produkt lub po kosmetyk z lepszym składem. 
 
 
Znacie ten kosmetyk? 
Jakie są Wasze ulubione peelingi do ciała?