środa, 29 marca 2017

Denko kosmetyczne – marzec 2017

 
Z racji zbliżającej się wiosny i lata, postanowiłam trochę bardziej przyłożyć się do pielęgnacji. Poskutkowało to sporym zużyciem kosmetyków, zwłaszcza tych do włosów. Poniżej zobaczycie, co w tym miesiącu się u mnie sprawdziło, a do czego nie planuję więcej wracać.
 
 
1. Batiste suchy szampon dla brunetek
Jeden z moich ulubionych szamponów. Cieszę się, że ktoś wpadł na pomysł zastąpienia białego proszku brązowym. Dzięki niemu, moje włosy nie straszą siwizną.
Kupię ponownie.

2. Garnier Fructis szampon wzmacniający Grow Strong
Uwielbiam zapach tego kosmetyku. Całkiem fajnie oczyszczał włosy, ale wypadania nie zahamował. Nie spodziewałam się po nim takiego działania, dlatego jestem z niego zadowolona.
Kupię ponownie.

3. Garnier Fructis odżywka wzmacniająca Grow Strong
Wrażenia na temat tego produktu są praktycznie identyczne jak w przypadku szamponu.
Kupię ponownie.

4. Szampon do włosów Vichy Dercos na łupież tłusty
Świetny kosmetyk, dzięki któremu udało mi się wyeliminować uporczywy łupież.
Kupię ponownie.

5. Olejek do włosów Gliss Kur
Olejek sprawdzał się całkiem dobrze, choć nie było efektu wow. 
Chyba wolę coś o prostszym, bardziej naturalnym składzie.
Nie wiem czy kupię ponownie. 
 
 
6. Dove kokosowy żel pod prysznic
Żele Dove bardzo lubię. Ten miał śliczny zapach, który przypadł mi do gustu.
Dobrze oczyszczał, ale nie przesuszał.
Kupię ponownie.

7. Veet krem do depilacji pod prysznic
Kremy Veet z gąbeczką to moje ulubione kosmetyki do depilacji. Pisałam o nich tutaj.
Kupię ponownie.

8. Kiwi odświeżacz do butów
Kolejny produkt, do którego często wracam. 
Recenzja.
Kupię ponownie.

9. Avon truskawkowy płyn do kąpieli
Rozczarowanie tego denka. Płyn miał chemiczny zapach i mocno przesuszał skórę.
Nie kupię ponownie.
 
 
10. Blend-a-med 3D white luxe wybielająca pasta do zębów
Pasta bardzo fajnie odświeżała, niestety efekt wybielający był znikomy.
Recenzja.
Nie wiem czy kupię ponownie.
 
11. Yves Rocher morelowy peeling do twarzy
Z działania produktu byłam zadowolona, ale z jego wydajności i ceny już mniej.
Recenzja.
Nie wiem czy kupię ponownie.
 
12. Essence puder matujący
Bardzo fajny puder, który często nakładam w ciągu dnia. Przy mojej tłustej skórze to must have.
Kupię ponownie.
 
13. Wibo Elixir nawilżająca pomadka w kolorze nr 06
Bardzo lubiłam tą szminkę, niestety nie jest już dostępna w sprzedaży.
 
14. Rituals woda perfumowana Fleurs de L’Himalaya
Zapach był ładny i lubiłam go używać, ale szybko mi się znudził.
Nie wiem czy kupię ponownie.
 
Podsumowując denko, muszę przyznać, że jestem z niego całkiem zadowolona, ponieważ na 14 kosmetyków, tylko 1 (płyn do kąpieli Avon) okazał się niewypałem. Reszta wypadła bardzo dobrze, lub co najmniej przeciętnie.
 
Czy Wam również udało się ustrzec od bubli?

poniedziałek, 27 marca 2017

Rekonstrukcja włosów JOICO K-PAK – czy warto?

Na spotkaniu blogerskim Spotkajmy się w Łodzi, o którym pisałam tutaj, dzięki uprzejmości firmy Joico dostałam bon na zabieg rekonstrukcji Joico K-Pak. Voucher można było wykorzystać w Pabianicach w salonie fryzjerskim NORBI. Do Pabianic z Łodzi jest kawałek, zwłaszcza, gdy nie ma się samochodu. Mimo wszystko, kierowana ciekawością postanowiłam się tam wybrać. Pojechałam pociągiem i z dworca poszłam pieszo (ok. 20 min) do lokalizacji docelowej. GPS w telefonie kierował mnie najkrótszą trasą, napędzając mi trochę stracha, ponieważ po drodze mijałam wiele „wiejskich” salonów i bałam się gdzie ostatecznie trafię. Na szczęście NORBI salon okazał się profesjonalnym miejscem, gdzie bez obaw mogłam oddać się w ręce specjalistów. 
 
 
Nie lubię chodzić do fryzjera, ponieważ na palcach jednej ręki mogę policzyć, ile razy zostałam profesjonalnie obsłużona. Wygląd lokalu jak i miła obsługa wzbudzały zaufanie. Na pochwałę zasługuje estetyka miejsca oraz duża dbałość o czystość. Po każdej klientce sprzątana jest podłoga oraz blaty. Nie natknie się tutaj na fruwające włosy, więc bez obaw można wypić kawę siedząc na fotelu.
 
 
Sam zabieg rekonstrukcji Joico K-Pak przebiegał w 4 etapach. Całość trwa ok. godziny, a wszystkie kroki przeprowadzone były na myjce. Niestety nie jest to zbyt wygodne. Mimo, że dostałam piankową podpórkę pod kark, pod koniec czułam dyskomfort. Z perspektywy osoby poddającej się zabiegowi wygląda to jak zwykłe, przedłużone mycie włosów połączone z nakładaniem różnego rodzaju preparatów i odżywek. Na koniec czupryna została wysuszona i mogłam obserwować efekt. Zaraz po zabiegu włosy stały się niesamowicie miękkie, śliskie i lekkie. Zauważyłam też, że ich kolor stał się jaśniejszy, mimo, że nigdy ich nie farbowałam. Jak później się dowiedziałam, powodem tego było wygładzenie struktury włosa. Ogólnie odczucia były bardzo pozytywne, a włosy wyglądały jak z reklamy. Z ujemnych skutków, zauważyłam, że włosy stały się bardziej podatne na elektryzowanie. Efekt utrzymał się u mnie ok. 2 tygodni. Przez pierwszy tydzień był od razu zauważalny, natomiast z upływem czasu, włosy wracały do stanu sprzed zabiegu. Efekt można przedłużyć stosując szampon i odżywkę Joico, ja jednak tego nie robiłam.
 
 
Muszę stwierdzić, że jestem bardzo zadowolona zarówno z salonu NORBI, jak i samego zabiegu. Myślę, że to świetne rozwiązanie dla mocno zniszczonych włosów, z którymi nie mogą sobie poradzić tradycyjne maski i odżywki. Moje włosy były w relatywnie dobrej kondycji, a mimo to różnica po zabiegu była kolosalna. 
 
Poddawałyście się kiedyś profesjonalnym zabiegom naprawczym/ rekonstrukcji włosów u fryzjera?

piątek, 24 marca 2017

Chińska czarna maska Pilaten – moje wrażenia


Już od jakiegoś czasu czarne maski na zaskórniaki cieszą się dużą popularnością. Na youtube jest sporo filmików, gdzie prezentowana jest chińska maska Pilaten. Kosmetyk można kupić m.in na AliExpress. Przyznam, że bardzo ciekawił mnie ten produkt, dlatego zdecydowałam się go przetestować. Swoją sztukę zamówiłam na Dresslink.  

Maseczka znajduje się w czarnej tubce o pojemności 60 ml. Dodatkowo zapakowana jest w kartonik, na którym nadrukowane są informacje w języku chińskim i angielskim. Niestety nie jest podany skład kosmetyku, co obudziło moją czujność. Na dobrą sprawę nie wiadomo co jest w środku, dlatego wahałam się czy w ogóle ją nakładać na twarz. Po przejrzeniu opinii opublikowanych w internecie zdecydowałam się na jej użycie. Początkowo zaaplikowałam ją tylko na nos, nie wywołała u mnie skutków ubocznych, więc później nanosiłam ją już na całą twarz, omijając okolice oczu i wykwity. 

 
Maska jest lekko lejąca, kleista i czarna jak smoła. Łatwo się nią ubrudzić, a zmywanie niezaschniętego produktu z rąk nie jest proste. Po nałożeniu na twarz, lubi z niej spływać, dlatego warto aplikować cienkie warstwy. U mnie zostawiała „łyse placki” tzn. spływała z policzka, tworząc dziurki niepokryte produktem, mimo, że nanosiłam ją na całą twarz (patrz zdjęcie). Producent pisał o ok. 15 minutach, po których powinna być gotowa do ściągnięcia. U mnie bardzo długo schła, ok. 30 min. Ściąganie nie było tak bolesne jak przypuszczałam. Zaschnięta maska wyrywa włoski i nie jest to przyjemne, ale da się wytrzymać. Niestety nie wyciągnęła zaskórniaków, jedynie powierzchowne zanieczyszczenia. Nie udało mi się pozbyć czarnych kropek, a bardzo na to liczyłam.
 
 
Maska ma jednak swoje zalety. Skóra po użyciu jest oczyszczona a pory są zwężone. Żałuję, jednak, że nie wyciągnęła wągrów, tak jak to widziałam na filmikach. Poza tym brak składu, sprawił, że nie mam do końca zaufania do tego produktu i już raczej do niego nie wrócę.

Czarną maskę można kupić tutaj (kliknij, aby sprawdzić cenę).
 
Używaliście czarnej maski? Jak się u Was spisała?
 

wtorek, 21 marca 2017

Sposób na błyszczącą cerę – bibułki matujące


Na pewno właścicielki tłustej skóry doskonale znają problem, wiecznie błyszczącej się cery. Ten typ ciężko jest okiełznać, a nieprawidłowa pielęgnacja i źle dobrane kosmetyki kolorowe potrafią dodatkowo nasilać wydzielanie sebum. Poprawianie makijażu w ciągu dnia weszło mi już w nawyk, ponieważ nie lubię niezdrowego błysku na twarzy. Samo pudrowanie to za mało, dlatego fajnym rozwiązaniem jest użycie bibułek matujących, które ściągają nadmiar tłuszczu.



Jakiś czas temu stałam się właścicielką bibułek matujących Selfie Project MattMeNow. Produkt znajduje się w tekturowej „kopertce”, w pastelowych kolorach. Opakowanie zawiera 100 szt. i kosztuje ok. 12 zł. W środku mamy niewielkie papierowe arkusiki przypominające nieco papier śniadaniowy. Po delikatnym przyciśnięciu do twarzy ściągają sebum ze skóry. Radzą sobie bardzo dobrze, znacznie lepiej niż dotychczas używana przeze mnie rozwarstwiona chusteczka higieniczna. Nie niszczą makijażu, odświeżają cerę i przygotowują ja na ewentualne przypudrowanie.


Jestem bardzo zadowolona z tych bibułek. Żałuję jednak, że nie są tańsze, ponieważ u mnie znikają w tempie błyskawicznym.

Używacie bibułek matujących? Jak sobie radzicie z błyszczącą skórą?
 
 

sobota, 18 marca 2017

Prezenty ze Spotkania Zaprzyjaźnionych Blogerek w Rybniku

Przyszła pora na dotrzymanie złożonej obietnicy i zaprezentowanie upominków, jakie dostałam na Spotkaniu Zaprzyjaźnionych Blogerek w Rybniku. Wszystkich, którzy przegapili relację z wydarzenia zapraszam tutaj.

Sponsorzy:



Magnesy i naklejki od fotobum.plbooklet.pl 
Upominek od Oli (ciacho, próbki i błyszczyk)
Herbata Basilur (fb)  









Jak widać przybyło mi sporo nowości. Niektóre marki były mi obce, dlatego tym bardziej cieszę się z możliwości ich poznania. Dziękuję firmom za przekazane produkty oraz Oli za upominek.

Co najbardziej Was zaciekawiło z tego zestawienia?

 

czwartek, 16 marca 2017

Wyjście z domu bez makijażu, tak czy nie?


Żyjemy w czasach perfekcyjności kreowanej przez media. Obrazy ludzi o nieskazitelnej urodzie, idealnej figurze i modnym ubraniu atakują nas praktycznie z każdej reklamy. Niektórzy wpadają w pułapkę ciągłego porównywania się z celebrytami i popadają w kompleksy, inni za wszelką cenę chcą dorównać kanonowi piękna.

Oglądając seriale zawsze zastanawiałam się kto normalny chodzi w szpilkach po domu? Niedawno trafiłam na reklamę maseczki nałożonej na piękną dziewczęcą buzię. Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie wyrazisty makijaż oczu i ust modelki. Kto nakłada maskę na umalowaną twarz? No właśnie… Powyższe przykłady mogą wydawać się śmieszne, ale wierzcie mi lub nie, nie każdy zauważa ironię tych sytuacji.

Doszliśmy do delikatnego tematu makijażu. Kiedy go nosić, a kiedy jest niewskazany, a wręcz niedorzeczny? Czy widzieliście kiedyś dziewczynę w pełnym makijażu na basenie? Mi się zdarzyło i patrzyłam na to z ogromnym zdziwieniem, zwłaszcza, że część podkładu po zmoczeniu zostawała w wodzie. Przed kontuzją stopy regularne chodziłam na fitness i siłownię. Dziewczyny w pełnym makijażu nie były tutaj rzadkością. Miałam nawet instruktorkę, która ćwiczyła w podkładzie, tuszu i szmince, mimo, że czasem pot lał się z niej strumieniami. Wyobraźcie sobie jakie katusze musiała przeżywać jej skóra, która przez x godzin była tłamszona warstwą podkładu i pudru.

Zastanawiam się co sprawia, że niektórzy, bez względu na sytuację nie są zdolni do zrezygnowania z makijażu? Nawet jeśli chodzi o zwykłe wyjście po bułki do sklepu obok. Mam koleżankę, która jest zafiksowana do tego stopnia, że gdy wybiera się ze znajomymi na kilkudniowy wyjazd to potrafi spać w pełnym make upie, by nikt jej nie widział bez niego. Jak reaguje na to jej skóra? Zapewne fatalnie i tutaj zaczyna się błędny krąg. Nieoczyszczona skóra kaprysi, a niedoskonałości trzeba zakryć kolejną warstwą makijażu.

Mam wrażenie, że wiele osób zapomina, że odpowiednia pielęgnacja jest tak samo ważna jak ładny makijaż. Zadbana cera odwdzięczy Ci się dobrym wyglądem, dlatego pozwól jej oddychać! Zamiast kryć się pod grubą warstwą „tapety” postaw na mądrą i zrównoważoną pielęgnację, a make up będzie tylko miłym dodatkiem :)

Dla wszystkich, którzy chcą zatroszczyć się o wygląd cery portal Rabble przygotował kupony rabatowe na kosmetyki Dr Eris, które znajdziecie tutaj.

Wychodzicie czasem z domu bez makijażu, czy jest to dla Was nie do pomyślenia?

wtorek, 14 marca 2017

Moje pierwsze zamówienie z chińskiego sklepu – pędzle, brush egg, zegarek

W ostatnim czasie bardzo popularne stały się zakupy na chińskich stronkach, czy to w różnego rodzaju sklepach czy na Aliexpress. Do tej pory nie zamówiłam nic z Chin, ale przyznam, że dosyć ciekawiły mnie artykuły, które mają w ofercie. Chyba musiałam przekonać się na własnej skórze, czy „tanioszka”, którą oferują Chińczycy, rzeczywiście jest tandetą rozpadającą się w rękach.

Na stronie Dresslink wybrałam sobie następujące gadżety: 
Zestaw 10ciu pędzli do makijażu w czarnym etui. W pakiecie było także różowe jajeczko do mycia pędzli oraz zielona gąbeczka do nakładania podkładu.

Mały zestaw pędzelków do makeupu oka, składający się z 6 sztuk.

Sławną czarną maskę Pilaten, która ma rozprawić się z wągrami. Opinie w internecie były mocno podzielone, więc nie zostało mi nic innego jak przetestować i ocenić.

Mały zegarek na srebrnej bransoletce.


Pełnej recenzji pędzli, gadżetu do czyszczenia pędzli, gąbeczki oraz czarnej maski możecie spodziewać się wkrótce. Jeśli chodzi o zegarek to mogę powiedzieć już dziś, że jestem z niego bardzo zadowolona. Jest mały i zgrabny, dokładnie taki jak chciałam. Wykonanie wydaje się dosyć solidne i spokojnie może go porównać do zegarka, który kupiłam w sieciówce. Podejrzewam, że z czasem kolor bransoletki się wytrze, ale liczę, że posłuży mi przynajmniej pół roku, najwyżej potem dokupię pasek.

Ceny poszczególnych artykułów sprawdzicie klikając w linki:

Zestaw pędzli i akcesoriów w etui: klik

Zestaw 6 pędzli do makijażu oka klik

Pilaten czarna maska klik

Zegarek klik


Zamawialiście z chińskich stronek? Jak wrażenia?

niedziela, 12 marca 2017

Relacja ze Spotkania Zaprzyjaźnionych Blogerek w Rybniku



W zeszłą sobotę miałam okazję uczestniczyć w wydarzeniu zorganizowanym przez Olę z bloga W świecie Aleksandry. Bardzo spodobała mi się już sama nazwa eventu, dlatego bez wahania zgodziłam się wziąć w nim udział. Spotkanie odbyło się w Restauracji Pasja w Rybniku. Mimo, że od 3 lat mieszkam w Łodzi, ciągle ciągnie mnie na Śląsk, gdzie spędziłam 23 lata mojego życia. Często odwiedzam rodzinę i znajomych, dlatego podróż na „stare śmieci” nie była dla mnie problemem. W Rybniku byłam po raz pierwszy, ale z racji tego, że większą część trasy pokonałam autostradą, nie zobaczyłam zbyt wiele.

Mimo sporego zapasu czasu, na miejsce dotarłam zaledwie kilka minut przed planowanym rozpoczęciem. W sali czekała już na mnie gromadka uśmiechniętych dziewczyn. 

W Spotkaniu Zaprzyjaźnionych Blogerek wzięły udział autorki blogów:

1. aleksandra1308.blogspot.com - organizatorka



Kilka twarzy było mi już znajomych, czy to ze wcześniejszych spotkań czy też Meet Beauty, ale zawarłam także nowe znajomości :). Harmonogram ułożony został w taki sposób, że miałyśmy sporo czasu na pogaduchy przy kawie oraz skosztowanie dań z karty restauracji.



Oczywiście nie zabrakło też atrakcji, dzięki którym można było poszerzyć swoją wiedzę. Blogowanie nauczyło mnie, tego, że ciągle trzeba się doskonalić, dlatego z dużym entuzjazmem wysłuchałam wystąpienia pana Adama z platformy Reach a Blogger. Pewnie większość z Was słyszała o tej stronie. W dużym skrócie, jej zadaniem jest m.in. pośredniczenie w zawieraniu współprac między firmami a blogerami. Przyznam szczerze, że jakiś czas temu założyłam tam konto, ale nie korzystałam z niego zbyt intensywnie. Teraz zamierzam je uaktualnić, ponieważ z tego, co zauważyłam platforma mocno się rozbudowała. Oprócz szczegółów dotyczących korzystania ze strony, pan Adam przekazał nam kilka wskazówek dotyczących współprac z punktu widzenia zleceniodawców. Ta część zainteresowała mnie w szczególności, ponieważ od dawna nurtowało mnie jak firmy postrzegają blogerów, kogo poszukują i jakie mają wymagania.



Następnie Ola wręczyła nam upominki przesłane przez sponsorów spotkania, o których napiszę trochę więcej w osobnym poście. 


Na koniec chciałam serdecznie podziękować Oli za zaproszenie, dziewczynom za udostępnienie swoich zdjęć oraz sponsorom za prezenty, a także fotobum.pl oraz booklet.pl za przygotowanie dla nas gadżetów z logo spotkania.



piątek, 10 marca 2017

Alverde Repair Haarbutter naprawczy krem do włosów Avocado & Sheabutter


Mniej więcej od roku intensywnie dbam o włosy. Pamiętam o regularnym stosowaniu masek i odżywek, ale także sięgam po produkty uzupełniające pielęgnację takie jak oleje, sera itp. Metoda kremowania włosów nie jest mi obca, nie raz czytałam o niej na blogach, ale nigdy nie próbowałam. Jakoś nie miałam przekonana do nakładanie kremu do ciała na włosy. Dzisiaj chciałam opowiedzieć Wam o kremie/masełku do włosów Alverde.

Kosmetyk znajduje się w słoiczku typowym dla masek do włosów. Napisy na opakowaniu są w języku niemieckim, ponieważ głównym dystrybutorem kosmetyków Alverde jest niemiecka sieć drogerii DM. Z tej przyczyny w Polsce jego dostępność jest słaba, ale można go znaleźć w internecie.
 
Na pierwszy rzut oka konsystencja masełka jest taka jak zwykłej maski do włosów. Jest lekko kremowa, raczej wodnista niż zbita. Różnicę czuć dopiero w momencie nakładania na pasma włosów. Odżywki są „śliskie”, sprawnie suną po włosach, natomiast krem jest jakby „wypijany” przez kosmyki. Mam wrażenie, że moje włosy go "zjadają", dlatego nakładam jego większą ilość. Produkt ma przyjemny zapach, niewyczuwalny po nałożeniu na włosy. W składzie znajdziemy masło shea, masło kakaowe oraz olej awokado.
 
Skład:

Działanie jest całkiem przyzwoite. Nie mam problemów z rozczesaniem włosów. Po użyciu kosmetyku są miękkie, nawilżone i błyszczące. Nie stosuję go na skórę głowy, ale mimo to mam wrażenie, że może przyspieszać przetłuszczanie włosów. Jedyne co mi w nim nie pasuje to właśnie to dziwne uczucie przy nakładaniu. Nie mogę jednak traktować tego jako wadę, ponieważ nie jest to odżywka do włosów, ale masło.

Podsumowując: moim zdaniem kosmetyk jest godny uwagi. Żałuję tylko, że z dostępnością jest krucho… oczywiście można go kupić online, ale za znacznie wyższą cenę niż w DMie.

Kremujecie włosy? 
Słyszałyście/liście o tej metodzie?