niedziela, 29 maja 2016

Wycieczka do Amsterdamu - co warto zobaczyć?


Do miesięcy wakacyjnych zostało jeszcze trochę czasu, ale ja swój urlop mam już za sobą. W tym roku zdecydowałam się na wcześniejszy wypoczynek, głównie ze względu na wysokie ceny wyjazdów w sezonie letnim. Jedną z atrakcji, którą zafundowałam sobie razem z chłopakiem była jednodniowa wycieczka do stolicy Holandii.

Jak dojechać?
Do Amsterdamu wybraliśmy się pociągiem z Eindhoven. Bilety kolejowe w Holandii są dosyć drogie. Na naszej trasie (ok. 130 km) bilet w jedną stronę kosztuje ok. 20 euro. Nam udało skorzystać się z Dagkaart, czyli biletu jednodniowego, uprawniającego do poruszenia się po całym kraju, bez limitu kilometrów. Koszt Dagkaart to ok. 20 euro, więc zaoszczędziliśmy połowę na samym przejeździe. Niestety bilety typu Dagkaart są trudno dostępne, gdyż wypuszczane są okazjonalnie przez holenderskie sieci sklepów takie jak Etos, Albert Heijn, Kruidvat.


Co warto zobaczyć?
Amsterdam sam w sobie jest ciekawym miastem ze względu na architekturę, która diametralnie różni się od tej w Polsce. Na pewno w oczy rzucają się wszechobecne kanały, których liczba w całym mieście waha się w okolicach sześciuset. Stanowią one ciekawy element krajobrazu, zwłaszcza wieczorem, gdy są podświetlone. 

Chyba najbardziej popularną atrakcją turystyczną, jeśli chodzi o zabytki jest plac Dam. Jest to miejsce tętniące życiem, usytuowane w centrum miasta. Znajdziemy tam Pałac Królewski, który nie zrobił na mnie zbyt dużego wrażenia ze względu na zniszczoną elewację, przez co wygląda na bardzo zaniedbany. Po drugiej stronie znajduje się gabinet figur woskowych Madame Tussaud. Nie wchodziliśmy do środka, ponieważ ten punkt zaliczyliśmy już kiedyś w Londynie, więc nie było sensu tego powtarzać. Poza tym na placu Dam można zobaczyć zabytkowy budynek, w którym mieści się Hotel Krasnapolski, pomnik Pamięci Ofiar II Wojny Światowej oraz luksusowe centrum handlowe Bijenkorf. 


Ogólnie miejsce jest bardzo zatłoczone, głównie przez turystów. Na placu występują różnego rodzaju artyści uliczni; żywe, ludzkie posągi, przedstawiające śmierć, Posejdona i inne stwory, które chętnie pozują do zdjęć pod warunkiem, że wrzuci się im parę groszy do kapelusza. Bez problemu można kupić tutaj lody, gofry oraz pamiątki, ale także stracić portfel, więc warto mieć się na baczności :) 

Oprócz typowych zabytków i muzeów polecanych w przewodnikach z pewnością miejscem godnym uwagi jest Dzielnica Czerwonych Świateł, czyli Red Light District. Jest to nic innego jak dzielnica, gdzie otwarcie i całkowicie legalnie uprawia się prostytucję. W dzień mocno oblegana przez turystów, nocą podświetlana na czerwono zamienia się w prawdziwą stolicę rozpusty. Znajdziemy tutaj sklepy z erotycznymi gadżetami, prezentującymi kontrowersyjne towary na wystawach. Lokale oferujące "live sex show porn" oraz agencje towarzyskie. Stałym elementem wystroju są przeszklone witryny, w których stoją prawie nagie kobiety reklamujące swoje usługi. 


Warto zaznaczyć, że w ciągu dnia jest tutaj relatywnie bezpiecznie, ze względu na ogromną ilość turystów. Raczej nie ma się co obawiać, że zarobi się guza, ale trzeba uważać na torebkę i portfel. Wiele osób spacerowało po ulicach Red Light District z małymi dziećmi, co jest dosyć kontrowersyjną sprawą. My byliśmy tam ok godziny 15, a w szybach już pojawiały się nagie panie z sutkami zaklejonymi taśmą klejącą, dostarczając atrakcji nie tylko przyjezdnym, ale także dzieciakom przyprowadzonym przez nieodpowiedzialnych rodziców.

Istotną sprawą jest całkowity zakaz robienia zdjęć w tej dzielnicy. Oczywiście jest on notorycznie łamany przez turystów, który cykają foty nie tyle nagim kobietom, co raczej samej ulicy. Nie zauważyłam, żeby ktoś w ciągu dnia tego pilnował, ale wiem, że robiąc zdjęcia pani z witryny można przysporzyć sobie kłopotów.

Gdzie zjeść?
W Holandii nie ma czegoś takiego jak lokalna kuchnia, więc nie ma co nastawiać się na nowe doznania smakowe. Owszem mają dobre sery czy też ichniejsze ciastka, ale na ciepły, holenderski obiad nie ma co się nastawiać. Ceny w Amsterdamie są wysokie i trzeba trochę oddalić się od centrum, żeby zjeść coś w rozsądnej cenie. Ze swojej strony mogę Wam polecić włoską knajpkę, usytuowaną na Nieuwezijds Voorburgwal 63. W środku jest czysto, jedzenie dobre i relatywnie tanie (lasagne, pizza, pasta w cenie 10-13 euro).



Co jest charakterystyczne dla Amsterdamu oraz samej Holandii?
Na pewno kontrowersyjne muzea takie jak Muzeum Prostytucji, Prezerwatyw czy Haszyszu. Amsterdam jest dosyć specyficznym miastem, w którym tematy seksu i marihuany tratowane są dosyć lekko. Samo palenie marihuany w Holandii jest legalne i bez problemu można kupić jointa w tzw. Coffe shopie. Spacerując ulicą nieraz natkniecie się na zapach zioła zalatujący od tego typu lokali. Co więcej Coffe shopy są swojego rodzaju atrakcją turystyczną i mapki z ich lokalizacjami są sprzedawane w sklepach z pamiątkami.



Holandia słynie z rowerów, serów, tulipanów i wiatraków. Ogromna ilość rowerzystów rzuca się w oczy, zwłaszcza dla kogoś, kto w Holandii nie mieszka. Jest to główny środek transportu, którym przewozi się zakupy, dzieci czy też kolegę, mamę, babcię - zazwyczaj na bagażniku lub ramie. 


Będąc tutaj warto zaopatrzyć się w typowy holenderski ser. Sklepów sprzedających wyłącznie te wyroby nie brakuje. Do wyboru są sery tradycyjne, młode, długo dojrzewające, kozie. Będąc w Amsterdamie skusiłam się na paczkę cebulek tulipanów, które z łatwością można kupić na ulicy. Popularne są także drewniane figurki w kształcie tulipanów oraz inne tulipanopodbne gadżety- idealne na prezent dla bliskich. Natomiast jeśli chodzi o same wiatraki to wierzcie mi lub nie, ale podczas mojej wizyty w Holandii wcale nie rzuciły mi się one w oczy.




Wizytę w Amsterdamie uważam za udaną. Jeśli ktoś ma okazję, to myślę, że warto się wybrać.

środa, 25 maja 2016

Kawowe mydełko od Pszczelej Dolinki


Ostatnio naturalne mydełka cieszą się dużą popularnością. Nigdy nie przepadałam za mydłem w kostce, ale postanowiłam dać mu szansę, głównie ze względu na dobry skład. Jakiś czas temu pisałam o naturalnym mydle z miodem i kwiatem pomarańczy od Pszczelej Dolinki. Tym razem w moje ręce wpadła wersja kawowa.

Produkt, o którym dzisiaj mowa to warstwowa kostka "Kawa z mlekiem". Na górze znajdziemy gładką, jasną warstwę, natomiast na dole znajduje się ciemna część z ziarenkami zmielonej kawy. Mydło powinno nie tylko oczyszczać skórę, ale także być pomocne przy wykonaniu peelingu.


Mydełko bardzo ładnie się prezentuje. Przewiązane jest uroczą wstążeczką i zawinięte w cieniutką folię. Niestety folia łatwo się drze i słabo izoluje produkt od środowiska zewnętrznego. Do opakowania dołączona jest karteczka ze składem, wydrukowana na zwykłej kartce papieru z logo marki, które jest niewyraźne. Może nie warto czepiać się takich szczegółów, jednak uważam, że to właśnie detale budują wizerunek firmy.

Jeśli chodzi o samo działanie to niestety trochę zawiodłam się na tym kosmetyku. Oczekiwałam pięknego zapachu świeżo zmielonej kawy, otrzymałam zapach przypominający zwietrzałą kawę z mlekiem. Kostka słabo się pieni, przez co trzeba trochę ją pomaltretować przy myciu. Działanie peelingujące jest znikome, drobinki zbiły się w grudki i nie chciały się odrywać od dolnej warstwy. Zużycie kostki było nierównomierne, bardzo szybko zniknęła górna warstwa, która lepiej się pieniła, a na koniec została mi dolna część, która stała się twarda i nie chciała się zmydlać, więc ostatecznie sporą część wyrzuciłam.


Mydełko kawowe pozostawiło po sobie nie najlepsze wspomnienia. Dostępne online na stronie Pszczelej Dolinki w cenie 15 zł za 110 g. Na pewno należy docenić fakt, że jest to produkt naturalny, ręcznie robiony. Mimo to, moim zdaniem za tą kwotę można dostać coś znacznie lepszego, więc nie planuję wracać do tego wariantu, ale nie wykluczam, że jeszcze kiedyś kupię jakąś inną wersję.

sobota, 21 maja 2016

Mazidło regenerujące - kosmetyk z olejem z konopi indyjskich


Jakiś czas temu na blogach zaczęły się pojawiać kosmetyki z olejem z konopi indyjskich. Bardzo zaciekawiły mnie te produkty i postanowiłam, że kiedyś na pewno je wypróbuję. Na spotkaniu blogerek w Katowicach dostałam mazidło konopne od firmy Molpharma, które jest bohaterem dzisiejszego posta. 

Mazidło, dzięki zawartości oleju konopnego, bogate jest w nienasycone kwasy tłuszczowe oraz witaminy z grupy B, C i A. Posiada silne właściwości nawilżające i regenerujące. Polecane jest do skóry suchej i łuszczącej się. Wspomaga gojenie się otarć oraz łagodzi świąd. Produkt nieperfumowany.


Kosmetyk znajduje się w zakręcanym słoiczku. Dostępne są warianty o pojemności 100 ml i 200 ml. Produkt ma lekką konsystencję, która z łatwością się wchłania i jest wydajna. Mimo, że mazidło nie jest perfumowane posiada ostry, miętowy zapach. Producent pisze, że może być stosowane na całe ciało, jednakże mocny zapach spowodował u mnie łzawienie oczu, przy użyciu na większą powierzchnię. Z tego powodu kosmetyk używałam głównie na stopy. 

Niedawno przeszłam zapalenie ścięgien i więzadeł przy palcach w górnej części stopy. Skóra w tym miejscu była bardzo wysuszona przez stosowanie ściągających żeli przeciw opuchliźnie. Mazidło świetnie poradziło sobie z przesuszeniem, w krótkim czasie. Przy aplikacji towarzyszył lekki efekt chłodzący i odświeżający za co duży plus.


Opakowanie 100 ml kosztuje ok. 19-25 zł i jest dostępne na stronie Molpharmy lub w aptekach internetowych. Niestety nie wiem gdzie można je dostać stacjonarnie.

Podsumowując; mazidło regenerujące to dosyć specyficzny produkt, który niekoniecznie sprawdzi się jako masło do ciała. Kosmetyk ma właściwości chłodzące i ostry zapach mięty, dlatego trzeba znaleźć dla niego odpowiednie stosowanie. U mnie sprawdził się na stopy po kontuzji. Myślę, że dobrze się spisze także latem na opuchnięte nogi.

niedziela, 15 maja 2016

Chłodzące masełko do ust Blistex - idealne na upały


Maj już za pasem. Pogoda ciepła, ale nie upalna. Pamiętam majówki, gdy spokojnie można było plażować i w tym roku też miałam na to cichą nadzieję. Nie ma jednak co narzekać, bo upały prędzej czy później przyjdą. Dzisiaj chciałam Wam przedstawić fajny kosmetyk, który powinien świetnie się sprawdzić w ciepłe dni. Mowa o balsamie do ust w słoiczku marki Blistex.


Produkt znajduje się w małym, zakręcanym opakowaniu o pojemności 7 g. Słoiczek łatwo mieści się w torebce, jednakże ze względów higienicznych lepiej go stosować w domu, gdzie mamy dostęp do bieżącej wody. Konsystencja jest zbita, wystarczy mała ilość na pokrycie ust. Kosmetyk ma silnie nawilżające właściwości, dobrze radzi sobie z przesuszonymi wargami. Aplikowałam go również na pęknięte kąciki i mam wrażenie, że przyspieszał proces gojenia. Blistex ma charakterystyczny miętowy zapach i po użyciu daj efekt chłodzenia w usta. U mnie nie powoduje to dyskomfortu, ale zimą raczej unikam jego używania.

 
Podsumowując, jest to jeden z lepszych kosmetyków pielęgnacyjnych do ust jakie miałam. Działanie na duży plus, natomiast nie każdy polubi miętowy zapach i działanie chłodzące. 

środa, 11 maja 2016

Błyszczyk do ust IDALIQ, czy idealny?


Jako nastolatka bardzo lubiłam błyszczyki, teraz znacznie rzadziej po nie sięgam. Od czasu do czasu wpadnie w moje ręce mazidełko do ust w tej formie. Ostatnio był to produkt marki IDALIQ SHINY LIP GLOSS. Błyszczyk ma kolor różowy z dużą ilością połyskujących, srebrnych drobinek. Na opakowaniu nie ma nr odcienia, ale z tego, co udało mi się ustalić prawdopodobnie jest to świetlista morela (0586).


Produkt znajduje się w opakowaniu z aplikatorem o pojemności 9 ml. Dosyć dobrze nawilża usta, niestety szybko znika w kontakcie ze szklanką czy sztućcami, jednakże jest to typowe dla większości błyszczyków. Nadaje ustom intensywny połysk, brokaciki odbijają światło, optycznie powiększając wargi. Aplikacja produktu nadaje efekt mokrych ust i delikatny kolor. Sklejanie jest minimalne, wyczuwalne jedynie po nałożeniu większej ilości.


Myślę, że osoby, które lubią błyszczyki będą zadowolone z tego maleństwa. Cena regularna wynosi 15,50 zł, ale zdarzają się promocje. Dostępny na stronie mariza.com.pl.

Skład: Polyisobutane, Paraffinum Liquidum, Octyldodecanol, Ricinus Communis Seed Oil, Pentaerythrityl Tetraisostearate, Cera Microcristallina, Persea Gratissima Oil, Cera Alba, Theobroma Cacao Seed Butter, Silica Dimethyl Silylate, Phenoxyethanol, Ethylhexyiglycerin, PEG-8, Tocopherol, Adcorbyl Palmitate, Ascorbic Acid, Citric Acid, Phenoxyethanol, Ethylhexylglycerin, Parfum

Używacie czasem błyszczyków? 


niedziela, 8 maja 2016

Revitacell eyelashes therapy – efekty po 3 miesiącach stosowania



Która kobieta nie marzy o wachlarzu gęstych i długich rzęs? Chyba każda chciałaby takie mieć. Nic dziwnego, że producenci odżywek do brwi i rzęs prześcigają się wypuszczając na rynek coraz to nowe specyfiki. Do tej pory stosowałam serum  Revitalash oraz  Inveo. Oba kosmetyki miały pędzelki i używałam ich na linię rzęs. Przez ostatnie 3 miesiące nakładałam serum Revitacell, które zaopatrzone jest w szczoteczkę. Ciekawi jesteście moich odczuć i rezultatów po zakończeniu kuracji?


Na początek trochę teorii, czyli co obiecuje producent?

Zaletą szczoteczki, jest to, że serum nie ma bezpośredniego kontaktu ze skórą, przez co nie występuje podrażnienie czy zaczerwienienie, jak miało to miejsce w przypadku eyelinera Inveo. Szczoteczka pozwala na naniesienie kosmetyku na rzęsty i brwi. Jest wygodna w użytku, a samo opakowanie jest zgrabne i estetyczne.

Serum nakładałam codziennie wieczorem na brwi i rzęsy. Po 3 miesiącach posłużyłam się miarką z opakowania Lashvolution, w celu sprawdzenia efektów kuracji. Rzęsy są minimalnie ciemniejsze i grubsze, ale nie urosły ani o milimetr. Na brwiach rezultat jest trochę bardziej widoczny, bo są grubsze i ciemniejsze, jednakże nie jest to efekt wow, którego się spodziewałam. Zostało mi jeszcze ok. pół opakowania, ale nie wiem czy będę go nadal używać, skoro efekt jest u mnie marny.


Odżywka kosztuje 140 zł za 8 ml. Za tą cenę spodziewałam się czegoś więcej, co z resztą jest zrozumiałe. Myślę, że produkty z pędzelkiem lepiej się sprawdzają i po krótkiej przerwie wezmę się za testowanie Lashvolution.

Używacie odżywek do rzęs? Co polecacie?

czwartek, 5 maja 2016

Porównanie biedronkowych kremów do rąk Bebeauty


Często robię zakupy spożywcze w Biedronce. Czasem zdarza się, że nie mam czasu wstąpić do drogerii po konkretny kosmetyk i kupuję go przy okazji wizyty w tym dyskoncie. Dzisiaj pod lupę wzięłam kremy do rąk Bebeauty.

Jak widać na zdjęciu, przetestowałam wszystkie z 3 dostępnych wersji. W ofercie znajdziemy: 

Odmładzający krem do rąk 5 w 1 ( żółty)
Ma rzadką konsystencję, ale nielejącą. Przyjemny zapach, który przez jakiś czas utrzymuje się na skórze. Nawilża skórę, ale efekt ten jest dosyć krótkotrwały. Szybko się wchłania, dlatego sprawdza się jako krem na dzień. Opakowanie o pojemności 125 ml kosztuje ok. 3-4 zł (w promocji 2,49 zł).

Nawilżający krem do rąk (niebieski)
Ma rzadką, lejącą konsystencję. Zapach podobny do żółtego wariantu. Odrobinę chemiczny, ale przyjemny. Wyczuwalny przez chwilę po zastosowaniu. Poziom nawilżenia po zastosowaniu znikomy. Bardzo wydajny, ale biorąc pod uwagę działanie lub jego brak, ciężko to wziąć za zaletę. Opakowanie o pojemności 125 ml również kosztuje ok. 3-4 zł (w promocji 2,49 zł).

Regenerujący krem SOS (czerwony)
Konsystencja jest najbardziej zbita. Zapach podobny jak w poprzednich wersjach. Dosyć dobrze nawilża dłonie. Działanie jest najlepsze porównując do wersji żółtej i niebieskiej, ale nie regeneruje przesuszonych rąk. Trzeba mu dać chwilkę na wchłonięcie. Opakowanie o pojemności 75 ml kosztuje ok. 3-4 zł (w promocji 2,49 zł).

Składy kremów zobaczycie poniżej. Nie jest to nic specjalnego, ale wiadomo, że za taką cenę, nie można zbyt wiele oczekiwać.

żółty                                                     niebieski                                                    czerwony


Podsumowanie
Kremy do rąk Bebeauty są średniakami. Niebieska wersja to lejący bubel, który w żaden sposób nie poprawia stanu dłoni. Żółty działa krótkotrwale, ale do częstego stosowania w ciągu dnia się nadaje. Najlepiej wypadła wersja czerwona, która oferuje najlepsze nawilżenie skóry. Na pewno osoby wymagające i zwracające uwagę na skład nie pokochają tych kremów, ale u mniej wymagających osób, wersja żółta i czerwona może się sprawdzić.

niedziela, 1 maja 2016

Ile kosmetyków zużywa kobieta w ciągu miesiąca? – projekt denko



W kwietniu w koszu wylądowało 10 zużytych produktów. Wydaje mi się, że to całkiem standardowa liczba, chociaż w ostatnich miesiącach bywało różnie. Pojawiło się kilka małych denek, ale widzę, że wszystko wraca do normy. Czytając mojego poprzedniego posta na pewno widzieliście, że przybyło mi sporo rzeczy, więc nie pozostaje mi nic innego, jak ich używać :) 
Wracając do tematu, w kwietniu zdenkowałam: 


1) Klasyczna pomadka bebe
Bardzo lubię te pomadki i często do nich wracam. Ostatnio ta, wydawała mi się dosyć twarda, ale i tak z przyjemnością jej używałam.
Kupię ponownie.

2) Peeling morelowy Soraya z serii Świat Natury
Przyjemny produkt, którego pełną recenzję przeczytacie tutaj.
Kupię ponownie.

3) KIWI spray do butów
Kolejny kosmetyk, który kupuję regularnie. Robi się ciepło, więc warto się w niego zaopatrzyć.
Recenzja
Kupię ponownie.

4) Kremo-żelu do stóp Zdrowa Stopa
Początkowo byłam z niego zadowolona, ale ostatnio tak przesuszył moje stopy, że wylądował w koszu.
Recenzja
Nie kupię ponownie.

5) Karmelowe masełko Nivea
Cudownie pachniało, przez co z chęcią je używałam.
Kupię ponownie.

6) BingoSpa - Maseczka drożdżowa do cery tłustej
Niestety paskudny bubel, który potrafi wysuszyć skórę na wiór. Pisałam o niej tutaj.
Nie kupię ponownie.



7) Dove Original antyperspirant
Sprawdzał się u mnie dobrze, więc niewykluczone, że jeszcze do niego wrócę.
Kupię ponownie.

8) Mydełko peelingujące Dove
Ma bardzo małe, dosyć delikatne drobinki. Sprawdza się nieźle do mycia rąk, ciała i twarzy.
Kupię ponownie.

9) Odżywka Biosilk
Produkt nie był zły, ale mam wrażenie, że kompletnie niedopasowany do moich włosów.
Nie kupię ponownie.

10) Pilomax regeneracyjna odżywka w sprayu
Ładnie pachnąca odżywka. Działanie gorsze w porównaniu do odżywek ze spłukiwaniem, ale w sumie nie ma, co się dziwić. Od czasu do czasu fajnie się jej używało.
Kupię ponownie.

Jak widać trafiły mi się 2 bubelki i jeden produkt niedopasowany do moich potrzeb. Taki wynik uważam za całkiem niezły i mam nadzieję, że w przyszłym miesiącu też większość kosmetyków mnie usatysfakcjonuje swoim działaniem.